Podatek Robin Hooda
Rząd pracuje nad podatkiem dla banków – przyznał niedawno premier Donald Tusk. Tym samym Polska może dołączyć do grona krajów, w których toczy się dyskusja nad opodatkowaniem banków i jego konsekwencjami. Przyjrzyjmy się, jak wygląda to w Anglii, gdzie debata na temat tzw. podatku Robin Hooda trwa od dłuższego czasu, a organizacje pozarządowe zorganizowały na wielką skalę kampanię popierającą nowy podatek. Pomimo znanego powszechnie powiedzenia o podatkach jako jedynej (oprócz śmierci) pewnej rzeczy w życiu – ich nakładanie to dla polityków czynność wyjątkowo nieprzyjemna. Z jednej strony to dodatkowe środki dla budżetu, z drugiej zawsze decyzje tego typu obciążają określone grupy społeczne i grupy interesów, a więc potencjalnych wyborców.
Rozpoczyna się walka o przekonanie jak największej części społeczeństwa do swoich racji, jako że politycy, których celem jest zapewnienie sobie wyboru na kolejną kadencję, niechętnie i rzadko robią coś wbrew woli większości. Kwestie podatków są z reguły skomplikowane, dlatego na Wyspach Brytyjskich zwolennicy opodatkowania banków starają się przedstawić to działanie obrazowo za pomocą reklamy.

Akcja spotu rozgrywa się na podziemnym parkingu jednego z banków. Eleganckiego dżentelmena zmierzającego do zaparkowanego na miejscu przeznaczonym tylko dla dyrektorów samochodu znienacka otacza grupa młodych, zakapturzonych mężczyzn. „Nie róbcie mi krzywdy” – duka przerażony dyrektor (w tej roli brytyjski aktor, zdobywca Oscara, sir Ben Kingsley), dobrowolnie oddając kluczyki do samochodu, portfel i inne cenne rzeczy. Tymczasem napastnicy – wśród których wnikliwy obserwator rozpozna Draco Malfoya z „Harry’ego Pottera” – zadowalają się przeciętą na pół monetą jednopensową.
Niewielki podatek dla banków, olbrzymie korzyści dla najbiedniejszych, środowiska naturalnego – głosi przekaz reklamy.
Kampanię zorganizowała koalicja organizacji pozarządowych, tworząc między innymi stronę Robinhoodtax.org.uk, na której można zagłosować za nowym podatkiem lub przeciwko niemu. Głośnym echem odbiła się próba manipulacji wynikami głosowania przez jeden z banków. Według organizatorów akcji taką próbę podjął amerykański bank Goldman Sachs – to z jego komputera w ciągu dwudziestu minut nadeszło 4,6 tys. głosów sprzeciwu wobec większego opodatkowania banków. Stronę zabezpieczono przed manipulacją, a licznik cofnięto.
Autorzy kampanii starają się docierać zarówno do tzw. zwykłych ludzi, jak i decydentów poprzez reklamę zewnętrzną. Na stacjach londyńskiego metra wokół siedziby parlamentu, a więc w miejscach, którymi codziennie przechodzą urzędnicy, wykupiono całą powierzchnię reklamową. Pokazano na niej wyliczenia, według których wzrost podatku VAT dotykający obywateli przyniesie budżetowi dwukrotnie mniejsze wpływy niż opodatkowanie banków.
Organizatorzy wspominają, że środki konieczne do wykupienia tej właśnie powierzchni reklamowej (5 300 funtów, czyli ok. 25 000 złotych) zostały zebrane w ciągu dwunastu godzin. Kanclerz skarbu, czyli brytyjski odpowiednik ministra finansów, otrzymał 6,5 tysiąca e-maili od zwolenników akcji. Pojawiły się także plakaty nawiązujące do najsłynniejszego brytyjskiego afisza propagandowego, autorstwa Alfreda Leete. Po raz kolejny lord Kitchener zdaje się apelować: „Brytyjczycy, potrzebuję Was!”.
Nie rozstrzygając o merytorycznej słuszności argumentów kampanii „Robin Hood Tax”, można chyba powiedzieć, że powinna ona znaleźć naśladowców w polskiej debacie publicznej. W miejsce zadym, gwałtownych demonstracji, epitetów nakręcających negatywne emocje – przedstawiane są merytoryczne, czasem może nieco populistyczne argumenty (taka jest natura demokracji). A wszystko to z wykorzystaniem na dużą skalę narzędzi marketingowych: reklamy telewizyjnej z udziałem celebrytów, outdooru, public relations i lobbingu.
-
Jakub Müller